Szkoła pod napięciem. Dlaczego dziś więcej w niej emocji niż tabliczki mnożenia?
Szkoła pod napięciem. Dlaczego dziś więcej w niej emocji niż tabliczki mnożenia?
Współczesna szkoła coraz rzadziej przypomina spokojną przystań nauki. Coraz częściej staje się miejscem intensywnej pracy nad emocjami, relacjami i zasadami współżycia. Wielu nauczycieli wciąż kocha swoją profesję, ale wyraźnie dostrzega zmianę proporcji: mniej czasu na skupioną pracę intelektualną, więcej na gaszenie konfliktów, regulowanie napięć i uczenie podstaw funkcjonowania w grupie.
To nie jest zjawisko lokalne. Podobne głosy płyną z różnych krajów Europy i ze Stanów Zjednoczonych. W raportach, podczas międzynarodowych konferencji i w rozmowach z pedagogami z zagranicy powraca ten sam wątek: dzieci i młodzież coraz częściej mają trudności w obszarze kompetencji emocjonalno-społecznych.
Co sprawia im największy kłopot?
-
odłożenie przyjemności na później,
-
przyjęcie informacji zwrotnej bez poczucia ataku,
-
zaakceptowanie odmowy,
-
poradzenie sobie z frustracją,
-
cierpliwe czekanie na swoją kolej.
Nie chodzi o obwinianie najmłodszych. Nikt z nich nie projektuje świata, w którym dorasta. Można jedynie zastanawiać się nad przyczynami. Być może to tempo życia, w którym wszystko ma być „na już”. Być może ekrany, które nieustannie podsuwają kolejne bodźce szybciej, niż umysł zdąży je uporządkować. Być może obawa dorosłych przed tym, by dziecko doświadczyło czegokolwiek trudnego.
W ostatnich latach coraz częściej mówi się o stawianiu dziecka w centrum. I słusznie, bo młody człowiek zasługuje na uwagę, szacunek i realne wysłuchanie. Problem zaczyna się wtedy, gdy „centrum” zaczyna oznaczać brak wyraźnych granic.
Gdy troska przestaje być wsparciem w rozwoju, a staje się unikaniem wymagań.
Gdy zamiast wskazywać kierunek, rezygnuje się z niego w obawie przed konfliktem.
Gdy konsekwencja ustępuje miejsca świętemu spokoju.
Tymczasem dzisiejsi uczniowie wkrótce staną się dorosłymi, którzy będą współpracować, zarządzać zespołami, podejmować decyzje wpływające na innych. To oni będą współtworzyć kulturę dialogu i odpowiedzialności. Jeśli dziś nie nauczą się mierzyć z odmową czy konsekwencją, jutro może to utrudnić im funkcjonowanie w społeczeństwie.
W tej rzeczywistości szkoła często pozostaje ostatnim miejscem, w którym granice są jeszcze wyraźnie rysowane. Jednak system nie zawsze przygotowuje nauczycieli do takiej roli. Studia pedagogiczne koncentrują się na metodyce, analizie treści, planowaniu procesu dydaktycznego. Znacznie rzadziej uczą, jak prowadzić klasę, w której część uczniów reaguje impulsywnie, a część nie radzi sobie z napięciem i emocjami.
Brakuje praktycznych, pogłębionych szkoleń pokazujących, jak budować w grupie kulturę odpowiedzialności. Zamiast konkretnych narzędzi często pojawiają się ogólne wskazówki: buduj relacje, rozmawiaj, zauważaj potrzeby. To ważne fundamenty. Jednak sama relacja, pozbawiona jasnych zasad, nie daje poczucia bezpieczeństwa. Może prowadzić do chaosu.
Dzieci potrzebują dorosłych, którzy potrafią łączyć empatię ze stanowczością. Którzy umieją powiedzieć: „Widzę twoje emocje, ale nie zgadzam się na takie zachowanie”. Którzy są przewidywalni, konsekwentni i dają poczucie stabilności.
Jeśli szkoła ma pozostać miejscem sensownego rozwoju, nie może ograniczać się do przekazywania wiedzy. Powinna być przestrzenią, w której ćwiczy się samoregulację, współpracę, odpowiedzialność i szacunek. Kompetencje poznawcze są ważne, lecz same nie wystarczą.
Społeczeństwo nie powstaje z samych ocen i wyników egzaminów. Tworzą je ludzie, którzy potrafią żyć obok siebie, brać odpowiedzialność za swoje działania i respektować granice innych. I tego właśnie warto uczyć równie uważnie jak ortografii czy matematyki.
