Coraz więcej na barkach nauczyciela. Kto jeszcze dorzuci kolejny obowiązek?
Coraz więcej na barkach nauczyciela. Kto jeszcze dorzuci kolejny obowiązek?
Mają uczyć, wychowywać, diagnozować, raportować i… najlepiej nie narzekać. Szkoła pędzi do przodu, a nauczyciel biegnie za nią z coraz cięższym plecakiem. Co dokładnie do niego dorzucono tym razem i dlaczego zaczyna brakować w nim miejsca na nauczanie?
W polskiej szkole nauczyciel nie pracuje. Nauczyciel ogarnia. Ogarnia reformy, dokumenty, emocje, systemy informatyczne i cudze oczekiwania. Uczy przy okazji – jeśli starczy czasu i energii.
Bo nauczyciel to dziś zawód wielofunkcyjny. Pedagog, psycholog, diagnosta, animator, administrator i specjalista od wypełniania tabelek. Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, wystarczy zajrzeć do szkolnego kalendarza. Tam już dawno nie ma miejsca na oddech.
Weźmy testy sprawnościowe. Teraz także dla najmłodszych. Kilka prób, kilka wyników, kilka haseł do systemu. Wszystko ściśle określone, wszystko obowiązkowe, wszystko „dla dobra ucznia”. Nauczyciel ma zmierzyć, zapisać, wprowadzić i najlepiej jeszcze zinterpretować. Czy to jego kompetencje? Oczywiście. Czy ma na to czas? To już pytanie retoryczne.
A gdy kurz po testach opadnie, na scenę wchodzi ocena funkcjonalna. Brzmi jak nowoczesne narzędzie wsparcia. W praktyce oznacza kolejne godziny analiz, opisów i dokumentów, które muszą być dokładne, wielowątkowe i najlepiej napisane językiem niemal eksperckim. Jedno zdanie za mało – źle. Jedno za dużo – też źle. Wszystko musi się zgadzać.
Dla uczniów z orzeczeniami zestaw obowiązków rośnie jeszcze bardziej. Wielospecjalistyczne oceny, zespoły, aktualizacje. Dokument na dokumencie. Szkoła zaczyna przypominać biuro, w którym dzieci są ważne, ale papier bywa ważniejszy.
W tym samym czasie nauczyciel nadal ma być spokojny, empatyczny i dostępny. Ma rozmawiać z rodzicami, reagować na kryzysy, tłumaczyć decyzje systemu, na które nie ma żadnego wpływu. I najlepiej nie okazywać zmęczenia. Bo przecież „to taka misja”.
O pieniądzach mówi się szeptem. Podwyżki są symboliczne, inflacja – realna. Nowe obowiązki pojawiają się szybko, a rozmowy o dodatkowym wynagrodzeniu jeszcze szybciej znikają z przestrzeni publicznej. Pracę „po godzinach” uznano za coś oczywistego. W końcu nauczyciel zawsze da radę. Jakoś.
Tylko że to „jakoś” zaczyna być niebezpieczne. Bo szkoła nie potrzebuje cudów ani bohaterów. Potrzebuje ludzi, którzy mają siłę uczyć. A tej siły nie da się drukować w rozporządzeniach ani dopisywać drobnym drukiem do kolejnych obowiązków.
Można jeszcze coś dorzucić. Zawsze można. Tylko warto w końcu sprawdzić, czy ten wóz w ogóle jeszcze jedzie.
