Szkoły bez dzieci, nauczyciele bez pracy? Ten problem zamiata się pod dywan.

Największym przeciwnikiem zmian w edukacji wcale nie musi być prezydent ani opozycja. Tym, co naprawdę może wykoleić reformę, jest demografia. Coraz wyraźniej widać, że szkoły, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, zaczynają świecić pustkami. Polacy coraz częściej wybierają życie solo, a decyzja o posiadaniu dzieci przestaje być oczywista. Czas „dziecięcego boomu” mamy już za sobą, a bez uczniów żadna reforma, nawet najlepiej zaprojektowana, nie ma szans powodzenia.

To nie jest problem, który pojawi się za dekadę. On już teraz daje o sobie znać, choć najtrudniejszy moment dopiero przed nami. Jeśli projekt Kompas Jutra ma zdobyć społeczne poparcie, nie może mu towarzyszyć widok zamykanych szkół i nauczycieli tracących pracę. Taki scenariusz skutecznie zniechęciłby nawet osoby, które dziś kibicują reformie.

Minister edukacji Barbara Nowacka doskonale wie, że samorządy niechętnie dokładają do małych szkół i często wolą je po prostu zamknąć. Dlatego zaproponowała inne rozwiązanie. W grudniu do Sejmu trafił projekt ustawy zakładający przekształcanie placówek zagrożonych likwidacją w filie większych szkół. Dotyczyłoby to głównie szkół podstawowych.

W praktyce oznaczałoby to, że w mniejszych budynkach pozostawałyby klasy początkowe, od pierwszej do trzeciej, ewentualnie do czwartej. Starsi uczniowie uczyliby się już w większej siedzibie szkoły, do której byliby dowożeni. Formalnie byłaby to jedna szkoła, ale działająca w kilku lokalizacjach: z budynkiem głównym i filiami.

Nowacka proponuje też, by szkolne mury przestały służyć wyłącznie dzieciom. Budynek mógłby stać się centrum lokalnej aktywności. Miejsce na bibliotekę, spotkania kulturalne, koła zainteresowań, zajęcia dla seniorów, a nawet żłobek czy przedszkole. Część tych pomysłów można finansować już teraz, choćby z programu Aktywny Rodzic, inne wymagałyby dodatkowych środków z budżetu.

Filialna szkoła przestałaby być tylko „szkołą”. Jej przestrzeń mogłaby zostać podzielona zgodnie z potrzebami mieszkańców. Jedna część dla najmłodszych uczniów, druga dla seniorów. W takiej rzeczywistości zmieniłaby się też rola nauczycieli. Oprócz pracy z dziećmi musieliby organizować zajęcia i aktywności dla starszych mieszkańców. To oznacza konieczność zdobycia nowych kompetencji i uprawnień.

Projekt zmian w prawie oświatowym zakłada również możliwość łączenia bardzo nielicznych klas. Nauczyciel mógłby prowadzić zajęcia jednocześnie z dwiema klasami, traktując je jako jeden zespół podzielony na grupy. To rozwiązanie już dziś funkcjonuje w części szkół niepublicznych. Jednak bez inwestycji w przygotowanie kadry taka zmiana nie ma szans powodzenia.

Choć prezydent zawetował reformę Kompas Jutra, minister edukacji zapowiedziała, że kluczowe rozwiązania zostaną wprowadzone inną drogą, poprzez rozporządzenia. Można więc zakładać, że podobna determinacja pojawi się także przy wdrażaniu działań chroniących małe szkoły przed likwidacją.

Pomysł, by najmłodsze dzieci mogły uczyć się blisko domu, działa na wyobraźnię i emocje. Trudno sobie wyobrazić polityka, który otwarcie chciałby zabrać kilkulatkom lokalną szkołę i skazać je na codzienne dojazdy. To byłoby społecznie nie do obrony. Dlatego najmłodsi najpewniej zostaliby na miejscu, ze swoją nauczycielką i w znanym budynku.

Aby jednak szkoła nie stała się pustą przestrzenią zaledwie kilkoma klasami, warto otworzyć ją na całą społeczność. Niech to mieszkańcy zdecydują, jakie funkcje może jeszcze pełnić. Rolą państwa powinno być wsparcie takich inicjatyw, zamiast biernego przyglądania się, jak kolejne szkolne budynki znikają z mapy.